Przeszłość drogowskazem

Tradycje żydowskie

Wydawnictwo

Nasze publikacje
 
Wirtualna Wystawa
Drukuj Poleć znajomemu
Spis treści

Kazania - Rosz Haszana
Strona 2
Strona 3

 OZJASZ THON

 ur. we Lwowie w 1870 roku.

Był socjologiem, kaznodzieją, publicystą, a także posłem na Sejm Ustawodawczy i następnie Sejm II RP I, II i III kadencji.

Był autorem książek z zakresu historii teorii ruchu syjonistycznego i artykułów pisanych w języku polskim, hebrajskim, jidysz czy niemieckim, głównie z zakresu filozofii i nauk społecznych, które publikował na łamach prasy żydowskiej.

 

"Pisma" 1938 rok.
Upadek żydostwa i jego odrodzenie.


Kazanie wygłoszone na pierwszym dniu Rosz Haszana 5662 (1901).

W dzisiejszym nastroju myśl sama wzbrania się przed tym, by zajmować się kwestiami powszednimi, lecz przeciwnie, narzucają się zagadnienia o znaczeniu ogólnym, zasadniczym i pochłaniają całą naszą uwagę. A cóż ważniejszego dla nas, aniżeli problem bytu naszego społeczeństwa, całego narodu żydowskiego? I rzecz dziwna. Cokolwiek czytamy, jakiekolwiek przychodzą nam na myśl wspomnienia, wszystko jakoś tego się tyczy, co nas najbardziej obchodzi, wszystko zaprowadza nas do tego, co nas najbardziej dotyczy.

Czytaliśmy dziś o losach Hagary i syna jej Izmaela. Opuszcza ona wraz z dzieckiem swym dom Abrahama i wybiera się w tułaczkę, by na pustyni szukać przytułku. Bezradna jest i opuszczona, a oto dziecko jej znużone, zapada się na zdrowiu. Spragnionemu nikt kropli wody nie podaje, głodnego nikt nie nakarmi. I cóż ona robi w tej rozpaczliwej sytuacji?

„Rzekła: Nie chcę patrzeć na śmierć dziecka i usiadła zdala i podniosła głos swój i płakała”.

Płacz i łzy, jak my to znamy! Bierny płacz i żale, wszak to prawie wyłączna treść naszych dziejów w diasporze. Bo patrzcie, to biedne żydostwo znużone jest i wycieńczone długą, straszliwą tułaczką. Zmęczone jest i opuszczone, a spragnionemu nikt kropli wody nie podaje i nikt głodnego nie nakarmi.

Zastanówmy się więc, co robimy w tej sytuacji. Widzimy ludzi pobożnych, przejętych gorącą miłością dla żydostwa, odczuwających cały bezmiar naszej niedoli, którzy „podnoszą głos swój i płaczą”. Ronią łzy, żalą się, rozpaczają i nic więcej. A żale te są szczere, rzewne są te łzy, ale w końcu nie są jednak niczym więcej, jak tylko niepłodnymi łzami i żalami.

Kiedy się bliżej przypatrzymy, łatwo stwierdzimy, że właściwie lwia część naszego piśmiennictwa w diasporze przepełniona jest wiecznym płaczem i bezustannymi żalami. Wglądnijmy do naszego modlitewnika – te modlitwy są najpiękniejsze, które uderzają w najbardziej żałosną strunę, te, które nastrojone są na nutę najbardziej tragiczną.

Czy to nas wkońcu zdziwić może? Cała wszak treść naszych dziejów w diasporze, to tylko jeden długi łańcuch nieszczęść, prześladowań, upadków. Cały nasz byt w golusie, to tylko jedna straszna tragedia, bez końca.

Niewątpliwie, nasze łzy z głębi serca płyną. Patrzcie na tego starca, który o północy schodzi ze swego twardego łoża, przy bladym siada światełku i z wzruszającą melodią nuci smutną, do głębi przejmującą modlitwę. Patrzcie, jak łzami zalane są kartki modlitewnika, po których znać także ślady łez, uronionych przez tyle poprzednich generacyj. Patrzcie na tego złamanego, płaczącego staruszka – oto jest obraz żydostwa w diasporze. A wszystko to ma jeden tylko motyw psychiczny: „Nie mogę patrzeć na śmierć tego ludu”, dlatego „podnosi głos swój i płacze”.

Ale tym właśnie płaczącym, w płomiennych słowach odprawę daje prorok: „Wstrzymaj głos twój od płaczu, a oczy twe od łez, albowiem wyznaczona jest nagroda dla czynów twych”. To jest głos mężny, głos potężny. Naturalnie, nasze modły i żale, skierowane ku Bogu, są objawem najgłębszych i najświętszych uczuć, bo uczuć religijnych. To nam jednak nie wystarcza. Zaczerpmy naukę z tego właśnie opowiadania, które posłużyło nam jako punkt wyjścia do dzisiejszych rozważań. Oto rozpaczającej Hagarze ukazuje się anioł Boży, który powiada do niej:

„Wstań, podnieś chłopca i ręką go podtrzymuj, bo ja go wielkim narodem uczynię”. Wstań, podnieś, podtrzymaj – oto wskazówka dla nas. Wznosić i podtrzymywać – oto nasza praca. My wiemy, gdzie leży jądro zła. My znamy chorobę organizmu, my rozumiemy, że potrzeba mu świeżych, zdrowych soków żywotnych i tych mu dostarczyć chcemy. Podnieśmy ten naród wielki na wyżyny moralnej doskonałości. Dajmy mu tego, czego mu brak, dajmy mu światła, nieśmy mu oświatę. Jeśli prawdą jest, że my mamy jakieś posłannictwo dziejowe, to leży ono w tym samym, w czym leży posłannictwo dziejowe wszystkich innych światłych narodów: w wytwarzaniu coraz wyższej, coraz wspanialszej, coraz bogatszej, coraz wykwintniejszej kultury umysłowej i moralnej.

To jest i nasze posłannictwo, Tego uczą nas wielcy nasi nauczyciele, nieśmiertelni prorocy:

„Tyś nauką, wiedzą, oświatą gardził. Ja więc gardzę tobą, byś nie był mi kapłanem”. Na tym polega kapłaństwo Izraela. Gdy cały świat pogrążony był w ciemności, myśmy pierwsi wzniecili pochodnię. Teraz, kiedy świat cały kroczy naprzód, mielibyśmy my w tyle pozostać? Nie. Wstańmy, dźwignijmy lud nasz i podtrzymujmy go, aby mógł stanąć na najwyższym szczeblu rozwoju ludzkości, bo w tym nasze zbawienie. Wtedy zaś dopiero spełnią się słowa proroka:

„W chwili gniewu odwróciłem oblicze swe od ciebie, ale wieczną łaską cię obdarzę – mówi zbawca twój, Bóg”.

 

Ozjasz Thon
„Pisma” 1938

Przemijające i wieczne.

Kazanie wygłoszone w drugim dniu Rosz Haszana 5663 (1902)



Piękne i pełne treści są modlitwy świąteczne. Oto znajdujemy wśród nich potężne hymny, mocne w wyrazie, pełne subtelnego uczucia. W ten sposób przemawiać może tylko dusza, która czuje łączność z duszą wszechświata. A oto znowu słowa skruchy, mocne, ważkie słowa, takie, jakie wypowiedzieć może tylko prawdziwy mężczyzna. Zawierają one śmiałą analizę wszelkiej słabości duszy. Potem zaś słowa modlitwy, ogarniające wszystko, co tylko duszę porusza, omawiające wszystkie potrzeby biednych i bogatych, wielkich i małych, wysokich i niskich. Kiedy zaś modlimy się o społeczeństwo, nie ma poprostu tej zbiorowości, która nie mieści się w ramach naszych modłów. Jest tam miejsce i dla rodziny i dla własnego narodu i dla innych narodów i dla ludzkości całej i dla całego wszechświata, dla wszystkiego co żyje, co czuje i myśli, względnie, co tylko kwitnie i rośnie, rodzi się i zamiera. Jest to najwyższy wyraz syntezy, jakiej dotąd nikt jeszcze nie zdołał osiągnąć.

A jednak żadna modlitwa nie sięga tak głęboko, aż do najskrytszych warstw duszy, jak drugi ustęp modlitwy. Jest to modlitwa, której autorem, wedle legendy, ma być człowiek, co w miłości do Boga i przywiązaniu do wiary ojców, poddawał się najokrutniejszym torturom. I nie ma tego oka, w którym nie zalśniłyby łzy, w chwili, gdy rozbrzmiewają te słowa:

„W Rosz Haszana spisuje się, a w Jom Kipur pieczętuje się ilu zginie, a ilu się urodzi, kto żyć będzie, a kto umrze, kto u kresu swych dni, a kto przedwcześnie”. Wzruszenie potęguje się w miarę, jak wyliczane są nowe możliwości, które potrafią zniszczyć ludzkie życie.

I na czym to polega, że fale uczucia sięgają samego szczytu? Niezawodnie, na odczuwaniu marności naszej, całej niepewności ludzkiej egzystencji. Czy to jednak jest na prawdę jedyna perspektywa ludzkiego życia?

Miszna powiada:
„Przypatrz się trzem rzeczom, a nie zostaniesz doprowadzony do grzechu: Wiedz, skąd przychodzisz i dokąd idziesz i przed kim będziesz musiał sprawę zdać ze swoich uczynków”. Istotnie oba bieguny życia nacechowane są zastraszającą nicością. To zaś, co leży po środku, jest w najlepszym wypadku interesującym snem, w najgorszym wypadku przytłaczającym ciężarem, zazwyczaj jednak pełnym trudów wspinaniem się i upadaniem. Dzieje się z nami tak, jak z owym skazańcem, o którym grecka legenda opowiada, że musiał bezustannie toczyć olbrzymi kamień pod górę, aż do szczytu. Kiedy zaś wydawało mu się, że już jest bliski celu, kiedy już, po długich trudach wytoczył kamień niemal ku samemu szczytowi, kamień nagle spada i stacza się w dół.

Oto jest obraz twojego żywota: Przez całą długość życia dążyłeś do czegoś i skrzętnie zbierałeś, posługując się często podstępem i bezwzględnością. A nagle zdarza się jakaś katastrofa i wszystko jest stracone. Cóż bowiem ostaje się? Honory? Szczęście rodzinne? Walka z nieprzyjacielem? Mały wstrząs następuje, a oto

„miłość ich i nienawiść i zazdrość już minęła”. Wszystko bowiem opiera się na kruchych podstawach, jakiś robak toczy korzenie wielkiego dążenia i wszelkiego starania, aż wszystko w proch się rozleci.

Przyglądnijmy się następującemu obrazowi: Miasto zostało zdobyte ogniem i mieczem, a tysiące ludzi postradało przy tym swe życie. Walczono o honor – tak twierdzi się na ogół. Ale w gruncie rzeczy walczono tylko o t. zw. Interesy, o to, która klasa ma zdobyć, czy też zachować władzę. A nagle wstrząs, dudnienie, jak z dalekiej krainy jakiejś. Zanim się oglądną, a już wszystko leży martwe. Co się stało? Drobnostka. Jakiś metal we wnętrzu ziemi doprowadzony został do temperatury wrzenia. Trzęsienie ziemi nastąpiło i 40.000 ludzi zginęło.

Albo inny obraz: Człowiek, wielki jak świat, potężny jak armia. Albowiem jego bronią jest prawda, jego mocą – wielkość ducha. Bóg natchnął go genialną myślą, nieprzeciętną siłą, uczciwością i śmiałością. A oto pewnego wieczoru kładzie się do snu, a rano nie wstaje więcej. Zmarł, a ludzkość straciła go na zawsze. Co zaszło? Drobnostka. Odrobina gazu węglowego pozbawiła go życia. Oto czym jest człowiek.

Ongiś, kiedy ludzie mieli jeszcze czas, stawali oni osłupiali wobec takich wypadków, rewidowali swój światopogląd , starali się zrozumieć, choć bezowocnie. Dzisiaj, w wieku elektryczności, nie ma czasu na takie postoje, a jednak wstrząśnięci jesteśmy, gdy zmawiamy modlitwę gdy uświadamy sobie, jaka potężna armia wrogich sił czyha na życie ludzkie, gdy w dodatku jeszcze uświadomimy sobie, że i to jeszcze nie wszystko, że każda muszka może nas zgubić, że każdy bakcyl przynieść może zagładę, każdy powiew wiatru może nas utrącić.

Mędrcy nasi powiadają:
„Gdy poszczęści się człowiekowi, mówi się o nim: Ty wyprzedziłeś aniołów pańskich. Jeśli zaś nie, mówi się o nim: Muszka cię wyprzedziła, komar cię wyprzedził, robaczek cię wyprzedził”. Słabszy od muchy, silniejszy od anioła – oto jest człowiek, zależnie od tego, czy go osądzamy od zewnątrz, czy też od wewnątrz. Cytowane słowo Talmudu potęguje tylko świadomość ludzkiego życia. Żadna moc nie potrafi wykorzenić tej świadomości, że jesteśmy złączeni z jakąś wyższą siłą bytu. Można niewiadomo jak często powtarzać sobie, że życie to tylko walka o chleb codzienny, tylko polowanie za dobrami, a jednak żadna szlachetniejsza dusza nie zatrzyma się przy tym. Gdzież znaleźć można pojęcie nieskończoności? W sobie samym. To głosi nam wieść o Bogu. My sami przeżywamy Go w swoim sercu, jak przeżywamy prawdę, miłość, dobroć, sprawiedliwość, uczciwość i godność. Wszystko wywodzi się z wieczności i w wieczności ma swe ujście, ale wszystko to w naszej duszy już się mieści, bo w nas mieści się wieczność.

Życie jest krótkie i niepewne, ale któż potrafi zmierzyć potęgę i długość błogiej chwili? Któż potrafi zbadać pełnię chwili, w której poznaje się prawdę, w której widzi się piękno i spełnia się dobre uczynki. Długość życia bowiem mierzyć należy nie łokciem, ale potęgą uczucia. Życie jest krótkie, ale to jest rzecz drugorzędna. Bo życie pojedynczej jednostki kondensuje się w życiu przeszłych pokoleń. Niezwykłe usługi oddaje nam przy tym pamięć, którą tylko człowiek został obdarzony. I dlatego tylko do człowieka można było apel skierować:

„Wspomnij dni dawne, zrozum dzieje każdego pokolenia”. Życie jest niepewne. Naturalne. Ale pewne jest to, co było przed nami i oto, co przyjdzie po nas. My spożywamy owoce tej wielkiej przeszłości, którą w sobie nosimy i mamy przeczucie tej wielkiej przyszłości, która jest nieskończona, w rozbudowie której my współdziałamy, ku której kroczą nasze dzieci.

I dlatego słowa: Be Rosz HaSzana iktawun nie powinny nas przygnębiać. To, co tam jest wyliczone, nie godzi w duszę naszej duszy. Nasz cel jest wyższy. My chcemy się wznieść ponad to, my chcemy wczuć się w rytm wieczności. Do tego udziel nam siły, o Panie!
 

 

Ozjasz Thon
„Pisma” 1938


Ciągłość w rozwoju ludzkości.
Kazanie wygłoszone w pierwszym dniu Rosz Haszana 5664 (1903).


Spośród określeń, odnoszących się do dzisiejszego naszego święta, najdziwniejszym może jest określeniem: „Dzień wspomnienia” albo ściślej jeszcze: „Dzień pamięci”. Naturalnie charakter tego święta, który jest dniem sądu i obrachunku, wyjaśnia nam to określenie. Bóg – Sędzia wspomina wszystkie czyny człowieka, dobre i złe. Co więcej, wedle naszych wierzeń, Bóg wspomina nie tylko te czyny, jakich dokonywał pojedynczy człowiek, nad którym sąd się odbywa, lecz i zasługi, dawno już minionych pokoleń, aż do praojców. Cała modlitwa nastrojona jest też na tę nutę, bo jak pełen pięknych akordów refren ciągle w niej powtarza się w różnych odmianach słowo „pamiętać”: „I pamiętał Bóg swoje przymierze z Izraelem” i pamięta je po dziś dzień i pamiętać je będzie po wszystkie czasy. A na końcu tej pięknej modlitwy, która stanowi jak gdyby mozaikę, ułożoną z różnych wspaniałych ustępów Pisma świętego, mówimy do Boga:

„Ty pamiętasz wszystko, co zostało zapomniane od wieków i nie ma zapomnienia przed tronem Twojej chwały”.

A w dziejach ludzkości? Czy istnieje tu zapomnienie zupełne, takie, które całkowicie przerywa nić przeszłości? Gdyby tak było, nie byłoby właściwie dziejów, nie byłoby tego, co nazywamy historią. Historia bowiem polega na ciągłości. Urywane, luźne, niepowiązane ze sobą zdarzenia, nie stanowią historii. Więc i o duchu, panującym w dziejach ludzkości powiedzieć możemy, że on jest, że on pamięta wszystko, co pozornie poszło w zapomnienie.

Myśliciele i uczeni przyrodnicy odkryli prawo, wedle którego energia nigdy się nie zatraca, siła nigdy nie ginie. Często, a może i bezustannie, siła zmienia tylko swoją postać, swój kierunek, lub też przedmiot, na który działa, nigdy jednak nie traci nic ze swej intensywności. Co więcej: siła jakaś może nawet istnieć w ukryciu, to znaczy, może przez jakiś czas nie działać, gdy się ją jednak rozbudzi, ona zachowa swoją pierwotną intensywność, swe pierwotne nasilenie.

A skoro tak jest, możemy to prawo przyrody przenieść śmiało na życie, na życie duszy ludzkiej w historycznym jej rozwoju. I odnośnie do działań ludzkiej duszy, we wszystkich jej objawach, czy to intelektualnych, czy to moralnych, twierdzić możemy, że siła nie ginie, że energia nie zatraca się. Bywa i w dziejach ludzkich, że pewna siła zmienia swój bieg i przedmiot swego działania, ale ona sama nigdy nie znika, nigdy nie zmniejsza się. Bywa też, że siła taka przez jakiś czas jest ukryta w zakamarkach duszy, kiedy się jednak rozbudzi, posiada dalej swoją pierwotną, pełną i nieuszczuploną intensywność.

Czy ta myśl ludzka żyje w jakimś pomniku sztuki lub nauki, czy w słowie pisanym lub żywym, czy w pojęciu wymarzonym, czy w mozolnie zdobytym poznaniu; czy ta energia moralna żyje w jakimś czynie wielkim, tytanicznym poświęceniu, czy w heroicznym porywie, czy tylko w cieplejszym tonie uczucia – ona zawsze kiedyś powróci i działać będzie z całą mocą.

Poznanie tej prawdy otwiera przed nami szerokie horyzonty. Ona przedstawia nam dzieje ludzkości jako całość, o nieprzerwanej ciągłości. Ona dowodzi, że istnieje jakiś żywy duch, który działa, kieruje i rządzi dziejami, duch odwieczny i nieśmiertelny. Choćby nawet pamiętać jednostki lub generacji jakiejś była ograniczona, choćby ta jednostka względnie ta generacja mało pamiętała, a dużo zapomniała, to jednak ludzkość jako całość posiada pamięć nieuszczuploną, pełną, z której nic nigdy nie ubywa. Podmiotem tej pamięci zaś jest ów duch wieczny i nieśmiertelny, który rządzi dziejami i o którym również powiedzieć możemy: „Ty pamiętasz wszystko od wieków, nawet to, co pozornie poszło już w zapomnienie”.

Zdaje się jednak, ze tej teoretycznej konstrukcji, która sama w sobie jest logiczna i jasna, kłam zadaje rzeczywistość jaką mamy stale przed sobą. Gdyby bowiem rzeczywistość odpowiadała naszemu założeniu, że pamięć ludzka to jakby żelazny skarbiec, który przechowuje wszystko, co kiedyś tylko dusza ludzka zdziałała dobrego, musiałby istnieć wieczny i bezustanny postęp we wszystkich dziedzinach. Te siły musiałyby przecież z czasem skondensować się, wzmocnić się i wytwarzać coraz doskonalszy typ człowieka. Słowem: ludzkość musiałaby być wciąż lepsza, wciąż mądrzejsza.

I choć przyznamy, że jest ona na prawdę coraz mądrzejsza, że ogarnia coraz szersze horyzonty, że zna coraz więcej sposobów, dających się zastosować w walce o byt, to jednak zapytać się wypada, czy jest też i coraz lepsza? A zdaje się, że nie trzeba wcale być zawodowym pesymistą, by dać na to odpowiedź negatywną. Bo gdzie właściwie można dopatrzeć się tego „ulepszenia”? Czy może w bezwzględnie prowadzonej walce klasowej, która przeżera i niszczy wszystko, co dusza ludzka w sobie dobrego posiada? Czy też może w walce narodów, w której niezawodnie znajduje się jakiś dobry zarodek, ale która posiada dużo bezgranicznego egoizmu? Czy może w końcu w tej zwierzęcej dzikości, która od zdziczenia, jakie istniało w najprymitywniejszych epokach różni się tylko tym, że broń dzisiejsza jest celniejsza, a sposób walki bardziej podstępny? Gdzież więc jest ta coraz większa doskonałość? Gdzie rezultat tej nagromadzonej energii w szeregu generacyj ludzkich? Czyżby to wszystko miało obrócić się w niwecz, czyżby to wszystko doszczętnie zmarniało?

Nie, to jest niemożliwe. Nie wolno nam powątpiewać w postęp ludzkości. On jest, on istnieje, tylko droga do niczego nie jest prosta. Talmud opowiada nam, iż kiedy Adam zgrzeszył i widział poraz pierwszy, jak słońce zachodzi, powiedział: „Biada mi, z powodu grzechu mojego ciemność ogarnia świat, który wraca do poprzedniego stanu chaosu”. Kiedy jednak nadszedł ranek i zjawiło się słońce, Adam poznał, że taki jest normalny tryb życia, powstał więc i zaofiarował wołu, którego rogi wyprzedziły kopyta”. Tak też jest i z nami. Gdy widzimy zachód słońca, nie wolno nam myśleć, że to koniec świata, że byt wraca do chaosu. Owe rogi ofiary Adama mają wymowę symbolu. One wskazują na tę krzywiznę, po której kroczy ludzkość. Istnieje bezustanny postęp, ale droga jego nie jest prosta, ona ma wzniesienia i zapadłości, góry i doliny. My – wyznajmy to sobie szczerze i otwarcie – żyjemy w dolinie. Ale tak samo, jak jest góra za nami, tak też jest góra, może nawet wyższa jeszcze, przed nami. Trzeba tylko pamięć rozbudzić, tę pamięć, która przechowuje wszystko, co było dobre i potężne i która stanowi silny fundament pod dalszą budowę. Z przyszłości i teraźniejszy dopiero rodzi się zdrowa, silna przyszłość. Gdy się jednak spala za sobą mosty przeszłości, powstaje próżnia. Dobrze więc jest, kiedy „pamięta się to, co zapomniane zostało od wieków”.

Tę cnotę szczególnie my Żydzi powinniśmy pielęgnować. Nie ma bowiem chyba na całej kuli ziemskiej narodu, który tyle powinienby pamiętać, a tyle właśnie zapomina, co my. Potężne zapasy energii moralnej, ogromne skarby ducha przechowywane są w naszym skarbcu narodowym, w naszych dziejach. Nie ma tej cnoty, której by nam nie przekazali w tysięcznych przykładach i wzorach nasi przodkowie, począwszy od najpowszedniejszej czystości obyczajów i świętości rodziny, aż do najwyższych szczytów heroicznego męczeństwa. Więc nie palmy więcej – jak to często robimy – mostów za sobą, nie przerywajmy nici naszego rozwoju!

Obchodzimy dzisiaj „dzień pamięci”, rozbudźmy więc w duszy pamięć wszelkiej przeszłości, siłę własną połączmy z siłą, przekazaną nam przez przodków i w ten sposób budujmy dalej. Budujmy coś nowego, ale na starym gruncie, na tym ogromnym obszarze, który piędź po piędzi zdobywali dla nas przodkowie nasi. Pamiętajmy to nasze stare żydostwo i zwróćmy się do Boga z modlitwą:

„Boże nasz i Boże przodków naszych, wspomnij nas dobrym wspomnieniem”.
 

 


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra
ul. Twarda 6; 00-105 Warszawa
tel. 22 620 34 96
Nr konta bankowego: 04124010241111001005772107